Kiedy tylko dowiedziałem się, że Monika Grochowska, znana mi z intrygującego projektu “Co Złego, to my” (podczas ostatniego festiwalu Niewinni Czarodzieje) oraz Łukasz Garlicki zabierają się za projekt poświęcony Herbertowi zastrzygłem w radości uszami i pilnie nasłuchiwałem wszelkich wiadomości. Reżyseria inauguracji roku poświęconemu poecie, w dodatku w Teatrze Narodowym, to wielka sprawa - i zachodziłem w głowę, jak reżyserka to ugryzie. W końcu to już nie Komeda, Polański i wesołe warszawskie lata ‘50, lecz twórczość często trudna, częstokroć nieprzyjemna i zawsze intymna.
Przykro mi bardzo, ale muszę ogłosić porażkę, ba! niemalże sromotną klęskę, tu i ówdzie łataną jedynie przez co lepsze pomysły. Jest mi przykro podwójnie, gdyż nie tylko przegrali na tym Pani Monika i Pan Łukasz, ale również przegrał Herbert. A wcale przez myśl mi nie przeszło, gdy przechodziłem Placem Teatralnym, że może tak być. Gdyby w tym czasie rozszalałaby się burza, mógłbym uznać to za pewien ironiczny komentarz z zaświatów do tego, co nastąpiło. Ale niestety, nawet pogoda nie stanęła na wysokości zadania.
Sam koncept przedstawienia poezji lwowiaka w nawiązaniu do języka współczesności i ponowoczesnej estetyki był celny. Tym bardziej, że powiedzmy sobie szczerze: tak naprawdę wśród młodych ludzi ci, którzy Herberta znają nie tylko z nazwiska, i w dodatku cenią, jest garstka. Rozumiem więc, że podstawowym założeniem było przybliżenie Jego poezji tym, którzy do tej pory zbyt wielkiego kontaktu z nią nie mieli, a jednocześnie twórcze uhonorowanie i nawiązanie pewnej dyskusji z tymi, którym jest nieobca i bliska sercu.
Już pomysł zalania całej ekspozycji chorobliwie żółtym światłem wzbudził mój sprzeciw. Z nieukrywaną przyjemnością jednak obejrzałem niepublikowane rysunki poety i posłuchałem Jego głosu przy dość tandetnie zmajstrowanej szafie grającej. Zainteresował mnie pomysł instalacji, w której przypadkowo spotkani warszawiacy czytają wiersze, choć nadal zastanawia mnie, dlaczego przeznaczono na nią aż tyle miejsca, natomiast rysunki i szafę upchnięto na tak niewielkiej, proksemicznie niewygodnej i prowizorycznej przestrzeni.
Strzałem w dziesiątkę był natomiast antypanel, do którego niestety nie udało mi się dopchać przed rozpoczęciem spektaklu. Z opowieści znajomych wiem jednak, że dla samego tego projektu warto było przyjść na to wydarzenie. W zalanej czerwonym, przygaszonym światłem salce siedzieli przyjaciele Herberta i każdy ze zwiedzających mógł przysiąść się do stolika jednego z nich na chwilę intymnej rozmowy. Nazwiska antydyskutantów mówią same za siebie: Przemysław Gintrowski, Henryk Citko, Odrowąż-Pieniążek, Najder, Żebrowski, Kopciński… Mimo mrocznej atmosfery był to jeden z dwóch najjaśniejszych punktów wydarzenia.
Drugim był natomiast labirynt. W zadymionej, poprzedzielanej półprzezroczystymi ścianami przestrzeni zamienieni we własne cienie ludzie mieli okazję przeczytać cytaty z tekstów innych autorów dotyczących spotkań z poetą, były tam także urywki Jego biografii. Świetna instalacja, i nie przeszkadzał fakt wykorzystania znanego już nie od dziś konceptu. Poezja Herberta jest dla mnie głęboko intymna, i właśnie tam najlepiej poczułem tą cechę.
Następnie czekał na nas gwóźdź programu, który okazał się gwoździem do trumny programu.
Szumnie zapowiadany jako live-act spektakl okazał się być najbardziej chyba płytką i powierzchowną próbą - nie wiem, interpretacji? ilustracji? - Herberta, z jaką kiedykolwiek mógłbym mieć do czynienia. Wyobraźcie sobie przestrzeń sceny Teatru Narodowego, na której oprócz siedzisk dla deklamujących wiersze ustawiono krzesełka dla widowni i górujący nad nią przeogromny, przytłaczający ekran do projekcji wizualizacji. Wyobraźcie sobie muzykę, dla której epitety: “ilustracyjna” i “monotonna” są najwłaściwszymi określeniami. Nie próbujcie sobie wyobrazić akademickich, nieciekawych deklamacji Łukaszów: Simlata i Garlickiego, spróbujcie wyobrazić sobie za to tylko trochę ratującą sytuację Agnieszkę Grochowską. I pod żadnym pozorem nie próbujcie wyobrażać sobie wizualizacji, a tych, którzy byli na spektaklu proszę teraz o zamknięcie tego bloga - nie chcę, żebyście musieli znów sobie to przypominać. Sztampa i brak kreatywności na ekranie sięgnęła zenitu przy Pieśni o bębnie i kończącej spektakl sekwencji. Rozglądałem się po twarzach widzów: nie wyrażały niczego, ani wzruszenia, ani oburzenia, ani nawet znudzenia, jedynie marazm - choć za plecami słyszałem jęki w stylu “Jezu, kiedy to się skończy”. Część osób siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę, próbując uratować się chociażby od nachalnej wizualizacji. Jeden z widzów w pierwszym rzędzie wreszcie nie wytrzymał i głośnym, demonstracyjnym ziewnięciem skomentował to, co zaoferowali nam autorzy.
Rezultat? Tym, którzy nie zaznajomieni są dobrze z Herbertem, próbowano sprzedać go w najprostszym opakowaniu, nie uwzględniającym subtelności, bliskości jego poezji. Ci drudzy - wyszli z Lirykożerców zawiedzeni i nieco upokorzeni prostotą tropów, które próbowano im wcisnąć.
LIRYKOŻERCY.Herbert, Teatr Narodowy, Pl. Teatralny 3, 18.02.2008











1 response so far ↓
dziś nikt nie dzwoni. « weaving the web… // środa, 20 luty 2008 at 1:06 pm
[...] śnienia Don Kichota oczywiscie u Sister, a relacje z pierwszej reki mozecie przeczytac tu: Lirykożercy - czyli kotlety z poety [...]
Leave a Comment