Ten dzień, dzień na miarę naszych możliwości zbliżał się. Może i nie wielkimi krokami - raczej spokojnym, co i rusz stopowanym kroczkiem Pilcha przechadzającego się jeszcze po krakowskich Plantach. Lecz i tak fakt pozostawał faktem. Z wdziękiem dandysa spóźniającego się na premierę własnej sztuki, nadeszła wiekopomna chwila. System ukazywania pozostałego czasu do przyjazdu najbliższego tramwaju, stał się. Prawie. Lecz ja i tak poczułem, że moc truchleje.
Jeden z moich dawniejszych znajomych zwykł w takich sytuacjach wypowiadać następujący bon-mot: “Obejrzeliście właśnie Państwo dwa tysiące trzysta dziewięćdziesiąty piąty odcinek telenoweli »I-ReN-ka: Instrygi, Rozterki, Namiętności«. Ja chciałbym określić całą sytuację nieco krócej, acz dosadniej, popularnym polskim słowem akcentującym przecinek. Nie wiem, czy powinienem westchnąć z ulgą i radośnie obwieścić start czegoś, co powinno być już dawno wykonane, i to na pewno nie za unijne - ale miejskie pieniądze. Wiem za to z całą ponurą pewnością, że jest to wszystko tak cholernie TYPOWE, że aż już nie mam siły płakać.

Ja rozumiem, że kalibracja systemu opartego na GPS może być trudna. Ale żeby prywatny wykonawca nie mógł sobie z tym poradzić przez kilka miesięcy? Przecież już z daleka cała ta sprawa śmierdzi nawet laikowi totalnym biurokratycznym nieładem, nieudolnością urzędniczą i brakiem zdolności do wyegzekwowania czegokolwiek konkretnego. Nie rozumiem, w jaki sposób miasto może w takim przypadku aspirować do roli gospodarza inauguracji Euro 2012, czy miana Europejskiej Stolicy Kultury.
W ogóle ten wpis spóźniony nie jest, bo przez cały weekend bałem się go opublikować, nie chcąc wyjść na idiotę. Siedziałem w domu i niby Ordon na reducie przyjmowałem meldunki z miasta. “Coś się włączyło, mrygnęło i tyle”; “No działa, pod palmą, ale źle wskazuje”; “O! Jest, i wszystko w porządku”; “Na Ochocie bez zmian”; “No niestety, teraz w Centrum tylko jakieś hieroglify”; “Działa, ale tylko od Zawiszy”.

Czasem myślę sobie, że poprzednia ekipa - tfu, wróć - ekipa dwie ekipy temu, była najlepsza. Kręciła przy mostach i tunelach lody jak się patrzy, ale przynajmniej nie tylko coś się działo, ale i działo się skutecznie. Zastanawiam się, czy dla Warszawy nie byłby najlepszy (choć na pewien czas) okres totalnej, faszystowskiej liberalizacji - patrzmy przez palce, niech kwitnie korupcja, niech zwykli, prości ludzie narzekają, że w nich to uderza - byle coś się zaczęło dziać, zamiast tego wiecznego, sennego marazmu. Sprywatyzujmy każdy chodnik - by był regularnie sprzątany; każdy przystanek - by nie był niszczony i wprowadzono zakaz palenia; każdy trawnik - i cieszmy się nienaganną zielenią… Ale na razie trzeba się borykać z tym, co jest. Drodzy czytelnicy! Odpowiedzcie mi proszę: czy wy na to w ogóle zwracacie uwagę? Czy takie rzeczy was obchodzą (nie mówię w tym momencie tylko o tej sprawie, ale o całym zjawisku)? Czy wiecie może, dlaczego tak się dzieje, i czy znacie jakiekolwiek remedium…?









1 response so far ↓
pajeczaki // wtorek, 19 luty 2008 at 6:03 pm
oczywiscie, ze obchodza. jestem zwolennikiem zaczynania od wlasnego ogrodka - i tak tez robilam walczac z syfem i marazmem na moim osiedlu. walka z wiatrakami…
a wczoraj o maly wlos nie wyskoczylam z samochodu (z wrazenia oczywiscie) widzac te swiecace tablice. znajomy ostudzil moje emocje stwierdzeniem - ze owszem swieca, ale nie chcialabym widziec co pokazuja.
Leave a Comment