Kubuś Wirus: Dedykowane mojemu ukochanemu miastu – Warszawie

Warto poczytać – Notes #38

sobota, 12 styczeń 2008 · 3 komentarzy

 

n#38Ach, co byśmy zrobili bez darmowych wydawnictw kulturalnych… Chyba każdy wtedy by musiał odkrywać miasto na własną rękę, a frekwencja na imprezach, ku panice organizatorów i zadowoleniu bywalców zmniejszyłaby się znacznie – do osób ściśle nieprzypadkowych. Na (nie)szczęście tak nie jest i od paru lat serwowane nam są najróżniejszej maści i proweniencji przewodniki, informatory, pisma ilustrowane. A każdy kto chce wiedzieć najlepiej, i tak wydzwania znajomych, ewentualnie kupuje w piątki Co jest grane.

Pierwszym darmowym wydawnictwem, które napotkałem na swojej drodze, był nieodżałowany (przynajmniej przeze mnie) City Magazine. Wydawnictwo początkowo w formacie ściśle płachtowym, oprócz solidnej dawki kultury i ciekawych wypowiedzi, spełniało dzięki swym gabarytom dodatkowe funkcje – parawanu przed słońcem, izolatora poddupkowego czy wreszcie wykładziny na wypadek odmalowywania ściany. Niestety, pewien koncern, którego nazwy z litości nie wymienię, świadom estymy i miru wywoływanych przez jego wydawnictwa wśród większej części odznaczających się inteligencją Polaków, postanowił dla równowagi zrobić coś złego. No i chapnął w swe zębiska City, które odtąd mizerniało merytorycznie i formatowo, aż w końcu przestało wychodzić.

Oczywiście był jeszcze Aktivist, który pismem jest dość porządnym (a jego płatna przybudówka Exklusiv jeszcze porządniejszym) – ale jak powiedziała mi kiedyś pewna zapoznana brunetka, z której zdaniem liczę się do tej pory – “to bardziej wydawnictwo do oglądania, niż do czytania”. Nie do końca się z tym zgodzić można, niemniej jednak coś jest na rzeczy. Na samym początku na tym właśnie w szerszej świadomości polegała różnica między w/w wydawnictwami. “Kulturalne” City i “imprezowy”, “lifestylowy” (z całym przekąsem często towarzyszącym temu określeniu) Aktivist. Według niektórych to właśnie redakcja tego pierwszego starała się szukać prawdziwie oryginalnych, ciekawych tematów, podczas gdy redakcja drugiego periodyku promowała jedynie swoich bliższych i dalszych znajomych.

Od tych czasów upłynęło w Wiśle sporo oleju opałowego, a każdy sezon przynosił nowe, mniej lub bardziej udane pomysły w tej materii. Mimo ewidentnej luki na rynku po zlikwidowaniu City, nikomu jak do tej pory nie udało się z taką charyzmą i brakiem pretensji wymieszać odpowiednio składników, by upichcić produkt smakujący równie dobrze. Może to też wina odbiorców, bo na pewno w tym momencie mamy już do czynienia z innym miastem i z innymi potrzebami. Na szczęście ktoś pomyślał, że można – zamiast dorównywać legendzie – stworzyć własną, dobrą markę. I tu z ostro pikującej w dół machiny spada desant w postaci Bogny Świątkowskiej.

Notes na 6 tygodni, bo o nim chcę napisać, idzie w poprzek oczekiwań większości . Nie jest za kolorowy, zdjęcia upchane w formacie odpowiadającemu nazwie służą raczej ilustrowaniu tekstów niż funkcjom estetycznym. A tekstów jest sporo. Od szybkich zajawek co ciekawszych wydarzeń artystycznych w kraju i na świecie na początku po wywiady z twórcami i aktywistami na końcu. Wszystko podlane nie lajfstajlową cienką marynatką, lecz zawiesistym i esencjonalnym sosem kompetencji i dociekliwości. Jedno jest pewne: to nie wydawnictwo dla każdego. By zasiąść do Notesu z pożytkiem, trzeba mieć opanowaną choćby podstawową wystawienniczo-wernisażową kindersztubę. I apetyt na więcej. Wtedy Notes może się nam odwdzięczyć i spowoduje, że co półtora miesiąca będziemy trzymać kciuki za drukarza, żeby znów się nie sfoszył.

Lista miejsc, w których Notes jest dostępny, znajduje się tutaj. Dzięki życzliwości Bogny i moim długim krokom, od tego numeru wydawnictwo można znaleźć również w Filtry Cafe. A co w środku numeru 38? Przekonajcie się sami. Biegnijcie po Notes.


Kategorie: do poczytania
Otagowane: , , , , , ,

3 odpowiedzi jak dotąd ↓

Dodaj komentarz