Klubowe baraki na Dobrej 33, pieszczotliwie zwane przez niektórych “ściekiem” to – nie da się ukryć – ważny punkt na imprezowej mapie Warszawy, szczególnie tej studencko-bohemiarskiej. Kto był (szczególnie w upalne letnie noce), ten wie o co chodzi, kto nie był, niech się wybierze. Pierwszą pogłoskę o rychłym zamknięciu Jadłodajni Filozoficznej, Aurory i Diuny usłyszałem rok temu, jakoś pod koniec wakacji. Od razu, nie bacząc na narzuconą parę miesięcy wcześniej bezwyjątkową abstynencję, poleciałem pożegnać się z miejscem. Rzecz jasna – z adekwatną do spodziewanej straty intensywnością. Takich pożegnań przeprowadziłem oczywiście w ciągu ostatniego półtora roku znacznie więcej, a każde było po rosyjsku melancholijne i po polsku fantazyjne. Jak wynika z obecnych informacji, dostaliśmy czasowe odwieszenie wyroku. Dobra będzie czynna na pewno przez cały 2008 rok, a potem, jak mawiają panowie na Powiślu, sie zobaczy. Butelki w górę zatem. Tylko zanim spełnimy toast, pozwolę zadać sobie jednak pytanie: co dalej?
To, że kluby pojawiają się i znikają, nierzadko z jednosezonowym okresem (pół)trwania, to u nas normalka. Łaska klubowiczów na pijanym koniu jeździ i nie znasz dnia ani godziny. Ale zamknięcie miejsca związane nie z wyborami publiki, a na skutek decyzji “organów wyższych” to w Warszawie materia śliska i mętna jak prawostronny brzeg Wisły w ciemną, listopadową noc. Wielbiciele nieodżałowanego LeMadame do tej pory nie mogą się otrząsnąć. Oczywiście w tamtym przypadku mieliśmy do czynienia z ideologiczną krucjatą pod płaszczykiem względów ekonomicznych, tutaj – ekonomia rządzi wszystkim. Plan został zatwierdzony już dawno – na działce stanie foremny biurowiec ze sklepami na parterze. Niby w sumie w porządku, bo to oznacza dalszą rewitalizację Powiśla. Choć nie ukrywam, że gdy jakieś cztery lata temu w parku pod Uniwersytetem spotkałem 60-letniego dżentelmena, który postanowił sprzedać mi cegłę za 7 złotych, zakręciła mi się w oku sentymentalna łezka. To se ne vrati…
Wróćmy jednak do klubów. Nie ma wątpliwości, że przebywają w tym, a nie innym miejscu całkowicie legalnie. W dodatku nie spóźniają się z czynszem, a i zasług dla wspomnianej rewitalizacji okolicy nie należy nie doceniać. Pół biedy, gdybyśmy mieli do czynienia ze zwyczajną “imprezownią” – ale Dobra taka nie jest. To już instytucja. Miejsce, które przetrwało 6 lat idąc konsekwentnie własną, wyboistą miejscami drogą. Alternatywne granie, odczyty, wieczory autorskie, pokazy filmowe, wystawy, targowiska rękodzielnicze – czyż to nie imponujący zakres działalności? Ja rozumiem, że zarabianie pieniędzy jest ważną i wielce pozytywną rzeczą, ale na litość – nie zarzyna się kury znoszącej złote kulturowe jajka. Jeśli już taka sytuacja zaistniała, należy szybko i sprawnie znaleźć lokal zastępczy, zamiast bawić się w biurokratycznego ping-ponga.
Lokal zastępczy – z gatunku “idealnych” – oczywiście jest, i to o rzut beretem od obecnej lokalizacji. Mam na myśli teren dawnej Elektrociepłowni Powiśle (zdjęcie poniżej). Już wcześniej wspominano, że warto go oddać we władanie kulturotwórczym przedsięwzięciom właśnie. Byłoby to zgodne z linią rozwoju dzielnicy – mamy tu świetny gmach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, kilka ukochanych przez studentów miejsc, jak choćby Czuły Barbarzyńca czy Tarabuk, lada chwila zacznie się budować Centrum Nauki Kopernik (swoją drogą – najbardziej sztampowa nazwa jaka tylko mogła być wymyślona) i budynek Wydziału Neofilologii UW. I co? I nic.
Nie wiadomo, kto jest kompetentny, by podjąć decyzję w tej sprawie. Biuro Kulturalne odrzuciło wniosek o zajęcie się tym problemem. Pozostaje czekać na uchwałę Rady Warszawy. Pytanie tylko, jak zostanie potraktowana ta sprawa – bo mam poczucie, że pojęcie “psiego obowiązku” niewiele mówi przylepionym do stołków urzędnikom. Pamiętajmy przy tym, że stołek jako materia nieożywiona nie zna pojęcia “opcji politycznej”.
Inna sprawa, że kluby nie potrafią też się właściwie zorganizować. Gdy zbierałem materiały do tej notki odniosłem wrażenie, że tylko Maciek Wysocki, głównodowodzący Jadłodajni, ma jakąś konkretną wizję. Chapeau bas dla człowieka, który chce, żeby jego przedsięwzięcie ewoluowało – bo tylko ciągły rozwój może zagwarantować przetrwanie. W Aurorze nikt jeszcze nie myśli o tym, co będzie za półtora roku. Szkoda. O Diunie nie wspominam, bo to jednak trochę inna bajka, inna grupa docelowa. Ale może wspólne działanie zapewniłoby większą skuteczność w walce o swoje z urzędnikami?










0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.